sobota, 26 października 2024

Epilog

 Kochani, ze względów bardzo osobistych niniejszym ogłaszam, że c.d. już nie n. 

Dziękuję wszystkim Wam, bez których to pisanie nie miałoby sensu. Dziękuję za komentarze, słowa otuchy i zachęty. Przede wszystkim za czytanie, sprawdzanie co jakiś czas statystyk bloga sprawiało mi niezwykła przyjemność. 

Dziękuję także moim kochanym Gościom, którzy tu byli, miód i wino ze mną pili czyli Małgosi i Rafałowi, Justynce i Krzychowi oraz Darii i Mirkowi. 💕

Przygoda na wsi była dla mnie wspaniałym doświadczeniem życiowym, ale wszystko ma swój początek i koniec. 

Kończę słowami mojego ulubionego fotografa przyrody Mortena Hillmera" See you out there "

PS: chciałam tu zamieścić jeden z komentarzy, jakie dostałam poza blogiem, ponieważ temu komuś udostępniłam tylko niewielkie fragmenty. Jest to ktoś, na czyjej opinii odnośnie mojego pisania bardzo mi zależało. I dostałam jedną z najpiękniejszych recenzji, jakie sobie mogłam wymarzyć. 

Zuzanno! Przeczytałem i w wielu miejscach się uśmiałem, zwłaszcza przy opisach weselnych… W wersie „cztery kąty i piec piąty” rozpoznałem frazę z pieśniarza-poety Czyżykiewicza, co jeszcze bardziej pozwoliło mi poczuć klimat wprowadzania się do chałupy… Temat muzyczny „świętej wojny” wielkoojczyźnianej w telefonie jest mi znany - innym też - Leszek ma taki w telefonie swoim… Piszesz świetnie, na podstawie Twoich opowieści mógłbym narysować portret teścia z wesela… Wspaniale się to czyta, a podobne w założeniu pamiętniki stały się kanwą opowieści typu „Dom nad rozlewiskiem”, a nie uważam, żeby Twoje opowieści ustępowały w czymkolwiek - mają jeszcze zaletę prawdziwości i jak przy zderzeniu kulturowych hadronów dają całą masę smakowitych cząstek elementarnych kultury wysokiej w starciu z barbarią wschodu…Super - bardzo mi się podobała ta lektura - no i znam Autorkę!😍🌹🌹🌹




niedziela, 7 lipca 2024

Z wiosną wraca nadzieja cz. III

 We środę obudziłam się około 9.00, ale budziłam się w nocy kilkakrotnie. Za oknem okropnie, nie było śladu po ciepłych dniach. Wiało, ale postanowiłam jednak wyjść do ogrodu i uporządkować jeszcze rabatę z hortensjami, domykającą od wschodu rabaty przed domem. Dłubałam dłuższą chwilę starając się nie zniszczyć tego, co już wyszło ponad powierzchnię.  Hosty pokazywały kły, irysy i inne byliny zieleniły się już na całego. Musiałam wyciągać liczne patyki, które spadły podczas przycinania jabłoni. Wreszcie zgarnęłam urobek na kompost  zamiotłam ścieżki cały czas zastanawiając się nad alternatywą dla okropnej agrowłókniny chroniącej cegłę przed przerastaniem chwastów. 

W ramach płodozmianu poszłam z sekatorem w róże i rozpoczęłam przycinanie przy okazji rozgrzebując kopczyki z kompostu obornikowego i słomy. Deszcz padał z przerwami na słońce, a wiatr nieustannie przewiewał mnie na wylot. Tyłek już miałam cały mokry, ale starałam się działać według planu nie zważając na przeciwności. Te pierwsze, okropnie nużące i niewdzięczne prace da się wykonać pod warunkiem trzymania się harmonogramu i realizacji kolejnych etapów z żelazną konsekwencją. 

Przyjrzałam się żałosnemu wspomnieniu po Autorskiej i postanowiłam przenieść najbardziej zarośnięte liliowce na rabatę podokienna. Najpierw jednak po wykopaniu całej kępy musiałam rozebrać ją na pojedyncze sadzonki czyszcząc dokładnie z cieniutkich korzeni tej strasznej trawy, która pożarła mi połowę mojej rabaty. Ni tak siedziałam jak podstarzały Kopciuszek, a Zębas zajmował się kopaniem w hałdzie ziemi darniowej. W porę zauważyłam, że odkopał śpiącego jeża, więc zabrałam bydlaka, a jeża przysypałam liśćmi i patykami. 

Pomimo nieprzyjemnego wiatru bociany latały nad głową, inne ptaszki śpiewały radośnie i tylko ta myśl dręcząca o przyszłym niechcianym sąsiedztwie...





Weszłam  do domu żeby się napić wody i z niepokojem zobaczyłam plamę wilgoci w kuchni na podłodze. Ani chybi dach przecieka, trzeba więc przygotować się do remontu, a w zasadzie położenia nowego. Nie ma co zaklinać rzeczywistości, że niby ten dach to panie z  blachy, że takiej to już nie robią. Trzeba będzie zadowolić się współczesnym badziewiem.  Póki co podstawiłam miseczkę w miejscu kapania i liczyłam, że nie będzie potopu. 

Finalnie skończyłam zaplanowany odcinek prac około 14.00, tuż przed kolejną falą deszczu. 

Wykapałam się, rozpaliłam ogień pod kuchnią i usiłowałam zrobić coś w rodzaju racuchów drożdżowych smażonych na patelni, ale nie bardzo to wyszło. W środku ciasto było surowe, więc przerzuciłam żar na stronę komory piekarnika i spróbowałam to upiec. Wyszły takie nieudane bułeczki, ale dało się zjeść, a ja byłam głodna. Do tego winko oraz resztka świątecznej nieśmiertelnej sałatki warzywnej. 

W RL masakrowali blokami spotów wyborczych. Niektóre były powtarzane co 5-6 razy pod rząd, nie do wytrzymania. W. zadzwonił zdając relacje funeralną. Generalnie uroczystość powiązana była, jak zazwyczaj przy takich okazjach, z generalnym zjazdem rodzinnym.  Dawno niewidziani kuzyni i kuzynki, rozmowy, objazd po tamtejszych krewnych, obiadki, kolacyjki. W. miał przenocować u rodzinki i pojechać w drogę powrotną następnego dnia. Gratulował mi pomysłu żeby jechać pociągiem, a nie męczyć się jazdą kilkaset kilometrów samochodem.  

W domu panowało przyjemne ciepło, za oknem szumiał deszcz w różnym natężeniu. Czworonogi władowały się do łóżka, a ja zastanawiałam się, jak wywalczę sobie trochę przestrzeni do spania, bo c.d. wraz z W. miał już wkrótce n. 



Z wiosną wraca nadzieja cz. II

 Spałam całkiem nieźle zważywszy na nowe otoczenie. W, zadzwonił, że dotarł i że wkrótce jedzie w kierunku województwa wielkopolskiego. W RL zapowiadali opady deszczu, zatem po kawce ruszyłam raźno do ogrodu, chcąc wykorzystać ciepłe przedpołudnie. Jak co roku zaczęłam odbadylanie wokół domu, tak żeby w najbliższym obejściu było już w miarę.  Uprzątnęłam rabaty pod oknem, a potem dalej frontowe. Ziemia była wilgotna i przyjemna w dotyku. Sporo roślin już wylazło, krokusy i przebiśniegi przekwitły. Obcięłam odrosty u trzmieliny, zanotowałam że wykopany przez W. nawrot jednak tu i ówdzie odbijał. Niestety budleje wyglądały na trupy. 





 Podczas monotonnej pracy podśpiewywałam sobie coś tam pod nosem i nie zauważyłam, że weszła Bożenka z młodsza wnuczką Laurą.  Pogadałyśmy chwilę, Bożenka zadeklarowała, że jak coś trzeba to mam mówić, bo codziennie ktoś jest w Wisznicach i może jakieś zakupy zrobić. Zaczęło padać, więc pożegnałyśmy się. Weszłam do domu i okazało się, że jest już 13.00!  Odgrzałam przywieziony z miasta żurek, następnie wykąpałam się, nakarmiłam tłumnie przybyłe koty tambylcze i z uczuciem dobrze wykorzystanego czasu walnęłam się do łóżka z książką. 

Po jakimś czasie zapukała Bożenka, umownie zapukała, bo Bożenka od progu woła ale nie puka. Przyniosła ciasto i z okrzykiem "O, jak czysto!" usiadła przy kuchennym stole. Zrobiłam kawę, Bożenka wspomniała kawę, którą dostała od nas wśród prezentów świąteczno-noworocznych. Stwierdziła, że miała taki orzechowy posmak. No tak, bo była aromatyzowana. Największy news jaki Bożenka przyniosła to to, że progenitura SN chce się tu przeprowadzać, ponieważ właściciel stancji, gdzie teraz mieszka z mężem ma zamiar sprzedać dom.

No i wyjaśnił się powód dewastacji lilaków. Planowany jest bowiem remont starej chaty SNa, czyli Domu Złego. No i tak. Nie powiem, żebym się ucieszyła.  Nawet wręcz przeciwnie. Przyzwyczaiłam się, że za płotem nie ma już tego szkodnika i w ogóle nikogo nie ma. Jest cicho i spokojnie. A Bożenka wcale dobrego zdania o córeczce a zwłaszcza o zięciu SNa nie miała, wręcz stwierdziła, że była żona SN kiedyś ich pognała, bo zięciumio jakieś lewe interesy robił, czy po prostu kradł.   No niezłe sąsiedztwo nam się zapowiada, z deszczu pod rynnę. Starałam się nie dramatyzować, ale różne myśli mi się kłębiły w głowie. Ciekawe co powie W. gdy się dowie. 

Bożenka ponownie przypomniała, że jest i czuwa i jak co potrzeba to mam dać znać

Pokręciłam się po domu i rozpaliłam w piecu, ponieważ RL straszyło spadkiem temperatury do 3-4 stopni. Uspokojona widokiem płomieni i emanującego ciepła poszłam spać, aby przywitać kolejny c.d. w lepszym humorze

Z wiosną wraca nadzieja cz. I

 Wiosenny wyjazd zaplanowaliśmy na początek kwietnia w połowie świąt  i tak się złożyło, że  W. musiał wrócić tego samego dnia z powodu pogrzebu w rodzinie. 

Ponieważ były święta wielkanocne, a konkretnie Lany Poniedziałek, droga była praktycznie pusta o poranku.  Na drodze od Ryk w stronę Kocka minęliśmy wesoły wóz strażacki polewający wszystkich uczestników ruchu z sikawki. Pruliśmy bez międzylądowania i dotarliśmy błyskawicznie mijając po drodze bociany, które dotarły do nas nie zważając na  geopolityczne zawirowania. 

W ogrodzie jak zawsze o tej porze roku bałagan pozimowy, ale z uwagi na niezwykle ciepłe dni mirabelki były w pełni kwitnienia. Mnóstwo pszczół i motyli  wśród kwiatów. Natura nie wie co to kicz. 



Koty biegały radośnie razem z nami po całym ogrodzie. Za płotem SN-a zauważyliśmy ślady jakiejś niszczycielskiej działalności,  obydwa lilaki stały w formie żałosnych kikutów, poszarpanych tępą piłą. Jedyne rośliny jakie ocalały jeszcze w ogrodzie, zostały zdewastowane. Trochę osłupieliśmy na widok tej egzekucji zastanawiając się głośno nad jej przyczyną. 



Emilka, zona Michała dojrzała nas z ogrodu i krzyknęła słowa powitania. 

Weszliśmy do domu przewietrzyć kąty. Generalnie wyglądało na to, że zacznę pobyt od sprzątania, ponieważ pan elektryk do spółki z W. zostawili potworny sajgon. W sieni natomiast W. odnalazł garnek z zapleśniałym kapuśniakiem, który został wywalony w najdalszy kąt ogrodu. Kapuśniak, ma się rozumieć, bo garnek wrócił i był myty chyba ze trzy razy wrzątkiem. 

Byliśmy głodni, od wczesnego śniadania minęło ładnych kilka godzin, zatem W. udał się do zajazdu starożytno-góralskiego, który zwykle ratował nas w takich sytuacjach. Co prawda nie wiedzieliśmy czy w dzień świąteczny są czynni i robią tzw. "wynosy".

W oczekiwaniu na posiłek zabrałam się za sprzątanie na werandzie, gdzie wszędzie leżały ścinki kabli i inne śmieci. Zauważyłam, że pan elektryk przymocował na werandzie  lampkę, ohydną aż oczy bolały.



 Nie wiem dlaczego W. nie dał mu tej, która w tym celu leżała na parapecie werandy. leżała od remontu kuchni i z tejże kuchni pochodziła. Na pociechę sprawdziłam, że lampka działała. 

W kuchni na ścianie zamocowany był jakiś panel z wyświetlaczem, jak się domyśliłam był to sterownik do ogrzewania podłogowego. Ale dlaczego zamontowany  został  obrócony o 45 stopni, to już nie byłam w stanie odgadnąć.  W. zapytany na tę okoliczność odpowiedział to co zwykle tzn. "nie wiem zupełnie". 



Ogarnęłam co się dało, zanim W. wrócił tryumfalnie niosąc schabowego z ziemniakami i surówka razy dwa. Lokal był co prawda nieczynny, ale jako stały, a przynajmniej charakterystyczny klient W. dostał od tzw. zaplecza. 

Po posiłku W. wywlókł jeszcze co większe gałęzie z rabatek, ponieważ po cięciu sadu zostało gałęziowe pobojowisko. 





No i stwierdził, że jedzie, bo potem zrobią się korki jako że część świętujących będzie wracała do Warszawy.  Miałam zostać samotnie na włościach do czwartku. To jest wraz z kotami i Zębasem, ma się rozumieć. Miałam oprowiantowanie, a w razie czego Bożenka miał mnie ratować od śmierci głodowej.     Pomachałam W., zamknęłam bramę za odjeżdżającym samochodem i zaczęłam gruntowne porządki z myciem podłóg , zaciąganiem płytek w kuchni tym co zawsze preparatem. Wywlekłam nawet dywany do trzepania. W przerwie zerwałam garść kwiatów forsycji na herbatkę. Pod wieczór uznałam, że dom doprowadzony jest do użytku, natomiast ogrodem miałam zająć się gdy c.d. w mej samotni n.   



Bo ostatnich gryzą psy - kto zwariował: świat, czy my?

Co tu się porobiło! Na blogu zima, a za oknem pełnia lata. Zastanawiałam się, czy pisać jakiś kolejny c.d., bo po prawdzie nie wiem czy warto. Odruchowo na wsi będąc robię odręczne notatki, cykam zdjęcia, choć z promilem tej uważności i zapału co kiedyś. 

Wymuszone, i tak już niebyt wyrafinowane wpisy to nie jest to, co miało być mięsem tego bloga. Niczego spektakularnego nie dokonujemy, nie bardzo jest zatem o czym pisać. Nie wiem nawet, czy sama to potem będę chciała czytać :) 

Świat definitywnie zwariował, a może właśnie tak naprawdę świat wygląda. Nie jest przyjazny i  otwarty, nie należy do odważnych, a do złodziei, tyranów i sprzedajnych mediów.

Kiedyś myślałam o tym, że na emeryturze będę mogła robić to o czym marzyłam, teraz zastanawiam się czy za te kilka lat te marzenia nie okażą się kompletnie nieaktualne. Czy ten ogromny budynek koszar, jaki powstał nieopodal dworca kolejowego w Białej Podlaskiej, zwiastuje jakąś nową apokalipsę.  Si vis pacempara bellum. 

 Nie mam na to wszystko wpływu oczywiście, ale perspektywa się zmieniła. Pewnego rodzaju beztroska gdzieś się ulotniła. Dlatego wybaczcie tę przerwę, która w zasadzie miała przerodzić się w zamknięcie tego bloga.

No ale skoro jest jeszcze materiał na wpisy, to postaram się kontynuować na tyle, na ile mi wystarczy determinacji. Dziękuję z serca przy okazji tym, którzy dawali subtelnie znać, że czekają. 

Wracając do  zimowego czasu, w lutym W. samotnie pojechał na wieś albowiem umówił się z elektrykiem, poleconym przez Michała. Elektryk miał wykonać prace leżące odłogiem od długiego czasu czyli przede wszystkim miał podłączyć ogrzewanie podłogowe w kuchni.  Dodatkowo do montażu było oświetlenie w drugiej części kuchni, gdzie kiedyś była sień. 

Telefonicznie zrelacjonował mi, że majster robi co trzeba, ale okrutnie dużo gada, co W. okropnie denerwuje i męczy. Starał się wychodzić na zewnątrz przycinając gałęzie w sadku, ale wiatr był tak okropny, że trudno wytrzymać dłużej niż pół godziny. Od czasu do czasu majster wysyłał W. po różniste materiały potrzebne do wykonania prac, ale gdy tylko W. pojawiał się w progu majster ordynował kawkę i poddawał W. torturom polegającym na inicjowaniu rozmów na tematy wszelakie, każdy kompletnie nieinteresujący dla W. 

Na szczęście majster wykonał zaplanowane prace i oddalił się, a W. powrócił do miasta.

 Dla ochłody i na zakończenie zimy filmik z lotu drona 



 

      

środa, 21 lutego 2024

Parę słów do mikrofonu

Postanowiłam przekazać tu  kilka informacji kompletnie z tematyką blogu niezwiązanych, ale istotnych z punktu widzenia wydarzeń społecznych, z którymi mamy obecnie do czynienia. Mówię o protestach rolniczych i ich oficjalnych lub mniej oficjalnych powodach. A także o konsekwencjach tychże. Krótko- i długotrwałych. 

Skłoniło mnie do komentarza obejrzenie sobie postu z Fb, jaki udostępniają sobie również osoby z mojej grupy znajomych na Fb. Przerażające zdjęcia spleśniałej kukurydzy, która jak prawdopodobnie twierdzą publikujący, wjeżdża do nas całymi tysiącami ton i truje nasze rodziny, zwierzęta i pogrąża kraj w morowym powietrzu. Zaskakujące dla mnie jest to, że udostępniają to osoby, którym generalnie nie odmówiłabym zdrowego rozsądku i umiejętności trzeźwej oceny sytuacji. Przypuszczam, że bezrefleksyjne powielanie bredni  publikowanych przez pewnego pana z Hajnówki, który jest dobrze znany polskiej administracji, wynika z głębokiej niewiedzy, którą pozwolę sobie choć trochę  ograniczyć pisząc niniejsze. 

Po wybuchu wojny na Ukrainie z powodu rosyjskiej agresji staliśmy się dla ukraińskiego rządu krajem, który mógł i siłą rzeczy musiał stanowić pewną alternatywę dla utraconych szlaków handlowych przez Morze Czarne. Ogromna liczba plonów zbieranych rokrocznie z fantastycznych ukraińskich czarnoziemów musiała zostać sprzedana, ponieważ pieniądze dla kraju prowadzącego wojnę to rzecz najważniejsza. Kraje UE graniczące z Ukrainą stały się nagle wrotami dla napływu ogromnej ilości zbóż i innych towarów, które finalnie miały trafiać do odbiorców na całym świecie. Ale należy pamiętać, że transport morski jest daleko bardziej opłacalny w przypadku towarów masowych niż transport kolejowy czy samochodowy. Dochodzi jeszcze różnica w rozstawie torów, a więc każdy transport kolejowy to konieczność przeładunków.  Każda operacja logistyczna, każdy dodatkowy kilometr transportu lądowego, zużyte paliwo etc powodują, że cena towaru rośnie, i to znacznie. 

Naturalną koleją rzeczy było więc to, że szukano rozwiązań polegających na krótkim łańcuchu dostaw. Wywieźć, sprzedać zaraz za granicą odbiorcom, którzy potem zajmą się dystrybucją w UE lub poza nią. Pusty środek transportu wracał na Ukrainę po kolejne ładunki.  Oczywiście w międzyczasie Komisja Europejska rozpoczęła inicjatywę Korytarzy Solidarnościowych, co było o tyle nietrafione, że infrastruktura i przepustowość naszych przejść granicznych nie była i nie jest przystosowana do tak ogromnej ilości towarów. Nikt tego nie przewidywał tak jak nie przewidywał, że za naszą wschodnią granicą wybuchnie wojna. 

W 2022 roku ilość materiału roślinnego wjeżdżającego z Ukrainy przez polską granicę w postaci zbóż konsumpcyjnych, paszowych zwiększyła się prawie pięciokrotnie. Czy ktoś to w ogóle jest w stanie sobie to wyobrazić?  Dla zobrazowania:

średnio w jednej ładowni statku masowca przypływa do nas do portu 20 tysięcy ton kukurydzy, soi czy innego towaru. To są 333 wagony po 60 ton. To z kolei stanowi 7 składów kolejowych o długości 48 wagonów, w sumie jakieś 7 kilometrów wagonów. 1 ładownia masowca, których to ładowni ma on kilka to siedmiokilometrowy pociąg.

Z TIRami jest jeszcze lepiej ponieważ taka ładownia statku to około 900 TIRów po 22 tony czyli 18 kilometrów ciężarówek jedna za drugą. 

W 2022r. przez polską granicę wjechało, jak się ocenia ok. 4,5 mln ton zbóż

No i co było dalej? Oczywiście towar z Ukrainy jako tańszy i bardzo dobrej jakości (o tym będzie nieco później) był i jest chętnie kupowany przez naszych przedsiębiorców, zakłady paszowe, hodowców drobiu czy świń, Ci ostatni szczególnie chętnie zaopatrują się w towar niepatriotycznie przywieziony zza wschodniej granicy, ponieważ dostali po dupie kosztami m.in. wody, prądu, więc koszty produkcji kilograma żywca też skoczyły. Nie wiem na ile komentujący posty pana z Hajnówki wiedzą, że koszty produkcji wpływają na ostateczną cenę produktu finalnego czyli mięsa, które mamy na półkach   I co więcej,  na konkurencyjne ceny eksportowe naszych towarów na rynkach światowych. O które to rynki trwa zażarta walka.  My nie mamy zbyt wiele do zaoferowania światu poza żywnością. 

Jednakowoż ogromna ilość wwiezionego zboża została dalej rozdystrybuowana, i na tym zarobiły nasze polskie podmioty dokonujące tych transakcji handlowych, organizujący logistykę etc. Za co teraz wiesza się je na różnego rodzaju listach wstydu.

To tyle tła merytorycznego całej sprawy.

Teraz kilka faktów:

  • materiał roślinny przeznaczony do produkcji pasz czy żywności z pewnymi konkretnymi wyjątkami nie podlega systematycznej kontroli urzędowej przez wyspecjalizowane inspekcje. Jest to towar niskiego ryzyka, nie stanowi zagrożenia a zatem częstotliwość kontroli jest ustalana na podstawie oceny ryzyka opartej na pewnych kryteriach. A kontrola może być przeprowadzona w dowolnym miejscu. To dotyczy towaru wyprodukowanego w UE jak i przywożonego spoza UE. Nikt nie żąda od Policji, żeby legitymowała każdego obywatela na ulicy tylko dlatego, że potencjalnie istnieje jakieś ryzyko, że nastąpi na tej ulicy włamanie. Natomiast co istotne, kontrola nad towarem przeznaczonym do dalszej produkcji w łańcuchu paszowym czy żywnościowym nie jest wyłącznie kwestą organów administracji. Zakład paszowy, ferma drobiu czy świń nie pozwoli sobie na wykorzystanie paszy niespełniającej wyśrubowanych norm. Wewnętrzne przepisy jakościowe bazują na opłacalności produkcji, co oznacza, że dobrej jakości pasza równa się zaplanowane przyrosty masy w jednostce czasu. Kurczaki wazy się co tydzień i sprawdza się przyrost masy. Jeśli rosną nie tak jak trzeba lub chorują to producent żąda odszkodowania od dostawcy paszy. To są poważne, wielomilionowe biznesy i nikt tu nie pozwoli sobie na skuchę. To samo z nioskami, lochami etc.
  • W ubiegłym roku inspekcja, w której pracuję i tak się składa, że nadzoruję to co się dzieje na granicy od dwudziestu przeszło lat, zbadała grubo ponad tysiąc prób pobranych z materiałów paszowych, w tym zbóż z Ukrainy. Były to próbki pobrane na granicy właśnie. Nigdy nikt w Europie nie prowadził badań pasz roślinnych na taką skalę. Kierunki badań to mikotoksyny, skażenie mikrobiologiczne, metale ciężkie, pestycydy fosforo-i chloroorganiczne, GMO. Ile było próbek z wynikami niezadawalającymi? Otóż 14. Słownie czternaście.  I nie wykryto tam nie wiadomo czego.   I więcej powiem: nasi inspektorzy zachwycali się jakością tych zbóż. Od czasu do czasu w badaniu organoleptycznym zdarzała się powierzchowna pleśń, głównie spowodowana tym, że wagony stały zbyt długo po załadunku w niekorzystnych warunkach atmosferycznych, czyli po prostu w deszczu i wilgoć przedostała się do środka. Wówczas towar nie był dopuszczany do obrotu. Owszem, ja też mam fotografie, które pokazują jakie w znakomitej większości to zboże jest. Zresztą nie tylko zboże ponieważ...
  • ... każda przesyłka produktów pochodzenia zwierzęcego podlega kontroli na granicy. i tu także widzimy jak wygląda to co przyjeżdża z ukraińskich zakładów. Jak na kraj częściowo ogarnięty wojną to naprawdę nie mają się czego wstydzić. Mięso drobiowe, miód, przetwory mleczne spełniają wszystkie standardy, a badania w urzędowych laboratoriach nie wskazują nieprawidłowości. Niezależne badania miodu wykonane w jednym z instytutów badawczych potwierdziły tylko jego dobrą jakość. Dla porównania: w 2023r. liczba powiadomień w unijnym systemie o niebezpiecznej żywności i paszach dla żywności pochodzenia zwierzęcego z Polski to 197 (głównie salmonella), dla żywności z Ukrainy w analogicznym okresie to 32. Przy czym żywność z Ukrainy jest kontrolowana znacznie częściej, ponieważ pochodzi spoza UE. 
  • Jak wspomniałam, towary z Ukrainy jada do nas od wielu lat, od 2022r. w znacznie większej ilości. I ta ilość to jest słowo-klucz. I cena. Jakość nie ma tu nic do rzeczy. Zdjęcia krążące po internetach są robione w niewiadomych okolicznościach, hitem stały się "sensacyjne" zdjęcia spleśniałej kukurydzy, która została przez nasze służby zatrzymana z powodu zawilgocenia i skierowana do zniszczenia, ale podmiot odpowiedzialny decyzji nie wykonał, zaskarżył ją do wojewódzkiego sądu administracyjnego, który z kolei nakazał wstrzymanie wykonania decyzji. Wagony stoją na bocznicy na jednej ze stacji granicznych od maja ubiegłego roku! I na fotkach towar wygląda naprawdę przerażająco. Zwłaszcza dla tych, którzy kompletnie nie znają tła całej sprawy. 
  • Zbliżają się wybory samorządowe. Czy nikogo nie zdziwiło, że gwałtowne protesty i blokady zostały zaininicjowane teraz? Kiedy Zielony Ład został przyjęty w swych założeniach już dwa lata temu? Kiedy zboże z Ukrainy akurat przestało wjeżdżać, bo od 15 września ubiegłego roku jest zakaz (tak, zakaz całkowity!) dopuszczania do obrotu na terenie Polski m.in. kukurydzy i pszenicy z Ukrainy?  Rolnicy przez te lata spokojnie brali sobie odszkodowania, dopłaty, rekompensaty z naszych podatków, hojnie rozdawanych przez poprzednią władzę A teraz rozliczają  rząd, który ukonstytuował się 2 miesiące temu.  Komuś zależy, aby kolejna bitwa o władzę została przez obecnie rządzące partie polityczne przegrana.  I ktoś te protesty podsyca między innymi przez publikowanie zmanipulowanych informacji lub po prostu kłamiąc.   A pożytecznych idiotów, którzy puszczą je dalej  nie brakuje. 
  • Blokowanie przejść granicznych kraju, który traktatowo jest zobowiązany do zapewnienia płynnego przepływu towarów powoduje jeszcze jedno: stajemy się niewiarygodni dla graczy handlu międzynarodowego. Przewozy towarowe zaczynają nas pomijać, wykształcają się alternatywne szlaki handlowe. Ogromny biznes jaki łączy się z handlem od wieków, zmienia swoje plany. Na Podlasiu kryzys migracyjny i zamknięte prawie wszystkie przejścia graniczne towarowe. Na granicy z Ukrainą agresywne blokady. Tymi przejściami nie tylko wjeżdżają towary, również takie jak stal, ruda żelaza ale wyjeżdżają towary eksportowane przez polskich przedsiębiorców. Byliśmy do niedawna potentatem w eksporcie piskląt jednodniowych do Ukrainy. teraz już na czele stawki jest inny kraj UE. Być może retorsje dotyczące naszych towarów będą szersze i bardziej bolesne. Gospodarczo nas to bardzo dotyka. Chcemy być światłymi Europejczykami, światowcami, a kilka głupich fotek na Fb zamieszczonych przez kogoś, kto chce zbić kapitał polityczny w zbójecki sposób robi z nas  tzw ciemny lud, który wszystko kupi. 
  • Protesty rolników to nie tylko Polska, zatem kwestia przyszłości rolnictwa europejskiego, zwłaszcza w obliczu planowanej neutralności klimatycznej do 2050 roku oraz  przyszłej akcesji Ukrainy do UE i jej potencjału rolniczego  to kwestia do rozstrzygnięcia gdzie indziej, nie na polskich drogach czy przejściach granicznych. Byłam na spotkaniu z tymi rolnikami i zapewniam, dla nich ideałem jest raczej Korea Północna z zamkniętymi granicami, niż cywilizowany kraj europejski. I jeszcze jedno: z produkcji rolniczej żyje obecnie około 8-9% mieszkańców wsi. To ubiegłoroczne dane GUS. śmieszne jest wierzyć, że reszta Polski konsumuje tylko to, co te kilka procent wyprodukuje, choć hasła na prześcieradłach na ciągnikach głoszą, że "bez nas jesteście głodni i nadzy"
Piszę to wszystko nie tylko z potrzeby własnej, ale  także w imieniu moich kolegów, którzy 24/7 pracują na przejściach granicznych, prowadzą kontrole, pobierają próby z wagonów (w specjalnym osprzęcie, kasku i przy wyłączeniu trakcji elektrycznej) w deszcz, zimno i upał, muszą użerać się z kierowcami, spedycjami, obsługują kilka systemów informatycznych, muszą śledzić wciąż zmieniające się prawo. Wracają po 12 godzinnym dyżurze do domu 50-60km zmęczeni po drogach siedemnastej kategorii odśnieżania. I ciągle słyszą, że nic nie robią, że wpuszczają syf, Ja usłyszałam ostatnio od pana rolnika  że jestem tłustym kotem pana ministra i leniwa mendą, której ktoś daje wytyczne żeby nie kontrolować. Także nic nie jest nam oszczędzone. 

Mówcie co chcecie, piszcie co chcecie, ale to ja jestem na pierwszej linii tego frontu, a nie wy. 


niedziela, 11 lutego 2024

Święta z przeszkodami cz. V

 W  piątek około 5.00 rano zbudziło nas coś niezidentyfikowanego. Przysnęliśmy jeszcze, a o 6.00 zadzwonili pracownicy W. jak co dzień oczekując na wytyczne. Po załatwieniu spraw fizjologicznych, wpuszczeniu kotów, wypuszczeniu Zębasa i wpuszczeniu go po jakich 10 minutach, postanowiliśmy jeszcze pospać. No i się udało. Zbudziliśmy się przez godziną dziesiątą. Ja rozpoczęłam rozruch poranny, W. jeszcze trwał w sennym odrętwieniu. 

Ubrałam się, spożyłam śniadanie i po rozpisaniu listy zakupów wyszłam do ogrodu. Przyciągnęłam taczki i wjechałam nimi do stodoły po pierwszy transport słomy i siana. W zasadzie te dwa artykuły były pomieszane częściowo. Mamy wieloletnie pokłady, część leży tu od czasu poprzednich właścicieli. 

Ostatnie worki owsa zostawione przez W. nadgryzły myszy i plewy zaścielały podłogę stodoły na jakichś pięciu metrach kwadratowych. Skoro myszy maja tu taką wyżerkę, to naprawdę nie wiem czego szukają u nas w domu. Zbierałam słomę, układałam na taczkach i powoli toczyłam się w kierunku różanki. Ogacałam róże starając się jakoś ułożyć lepiej obornik, ale po nocnym przymrozku wszystko stwardniało i nie dało się łatwo ruszyć. Zębas biegał ze mną zaaferowany, myszkował w stodole, przetrząsał słomę i ogólnie był bardzo zajęty. No i tak sobie kursowałam jakąś godzinkę, ciesząc się ciszą, spokojem i świeżym powietrzem. Otuliłam większość krzewów, koncentrując się na tych bardziej wrażliwych odmianach. Prognozy były dość zimowe, RL mówiło nawet o -20 stopniach w kolejnym tygodniu. Prawdę mówiąc nie wiem, czy takie ogacanie jest skuteczne, ale po prostu chciałam coś porobić na powietrzu. 



W. pojechał po zaopatrzenie, ponieważ wymyślił, że upiecze babkę ziemniaczaną. Najwyraźniej książki podlaskie go zainspirowały. Ja się tylko pytałam kto to wszystko zje. Ja z kolei chciałam zrobić zapiekankę warzywną na obiad na te dwa ostatnie dni pobytu.

Póki co wyniosłam jeszcze drona i zrobiłam kilka lotów ćwiczebnych, obserwując zachowanie urządzenia w różnych trybach. No super jest to zabawka.

W. wrócił z zakupów i zaczęliśmy przygotowania do kuchennych rewolucji. Ciasto chlebowe wniosłam do Mrówczanego celem powolnego ogrzania przed pieczeniem. W. naznosił drewna i rozpalił w piecu chlebowym. Ogarnęłam kuchnię i przystąpiłam do montowania zapiekanki. W. natomiast zabrał się za gotowanie...zupy ogórkowej! Chyba jadłodajnię otworzymy.  Do babki ziemniaczanej potrzebna była kasza manna, więc W. udał się do Bożenki na żebry. Bożenka siedziała z wnukami i obiecała, że potem wpadnie. Przygotowałam dla sąsiadów trzy zestawy prezentowe. Kawa, herbata, słodycze, miody, nasze powidła, a dla Michała flaszka naszej świeżej agrestówki.

Bożenka przyszła jak zwykle pod tytułem "ja tylko na chwilkę, bo nie powiedziałam że wychodzę" . W. postawił na stół miodówkę, piernik, ja mieszałam w garach i sobie gadaliśmy o nowych rządach, o starszym synu Bożenki  Piotrku i jego planach powrotu z Wielkiej Brytanii do Polski. W. wykrzykiwał, że pomysł idiotyczny i trzeba go od tego odwieść. Potem przeszliśmy na tematy kuchni regionalnej. Bożenka już wstawał do wyjścia, więc przyniosłam torby prezentowe. Bożenka jak zwykle zamachała rękami "Przecież nie trzeba, czym my się odwdzięczymy". No to my ile sił w płucach: "Pewnie że nie trzeba ale my chcemy. To my się odwdzięczamy za tę troskę, za to że możemy do Michała zadzwonić i poprosić o spuszczenie wody, że nam bułki czy pierogi przyniesiecie, że życzliwym okiem patrzycie na to nasze gospodarstwo gdy nas nie ma". Bożenka już z mokrymi oczyma powiedziała, że się cieszy, że tak nam dobrze z nią, że i im dobrze z nami, że nas zawsze chwali jako sąsiadów. No to super, dobry sąsiad to skarb!

Odprowadziłam Bożenkę, która przypomniała, żebyśmy klucze jej zostawili. Powiedziałam, że jak się chleb uda, to przyniosę. Spytałam czy bułeczki ze śliwką smakowały. Bożenka potwierdziła, że bardzo smakowały, zwłaszcza wnuk Olek pałaszował. Bożenka z właściwym sobie wdziękiem podsumowała "Jak ktoś sam coś zrobi i podaruje to nawet byle co smakuje".  

Wróciłam do domu, pokroiłam ziemniaki na zapiekankę, dorzuciłam pieczarki, pierś z kurczaka, paprykę, marchew i wywaliłam na blaszkę. Wstawiłam całość do piekarnika, licząc że jednak się upiecze.  Ciasto chlebowe włożyłam do foremek i postawiłam do wyrośnięcia. W piecu chlebowym ogień się dopalał, termometr na drzwiach wskazywał 200 stopni. Po zgarnięciu żaru temperatura zaczęła spadać. Przyszła refleksja, że może niedostatecznie rozgrzaliśmy piec. No a skoro tak, to W. zdecydował, że rozpali jeszcze raz..

Zjedliśmy zapiekankę, która wyszła pyszna i jednak upiekła się ładnie. W. dopchał zupą ogórkową. W kuchni temperatura rosła i obawiałam się, że chleby wyrosną za bardzo. Piec rozgrzał się na nowo, na drzwiach było już 250 stopni. No, w środku pewnie jeszcze więcej. Około 20.00 W. przepchnął żar narzędziem własnej produkcji, które to nosi ponoć nazwę ożóg. Wstawiłam termometr piekarniczy do komory pieca. Wkrótce doszedł do końca skali czyli do 300 stopni. Czyli przegięliśmy w drugą stronę. Uchyliliśmy drzwiczki i po jakimś czasie zrobiliśmy próbę mąki wsypując garstkę na podłogę pieca. Pył wyżarzył się błyskawicznie. Czyli jeszcze za gorąco. Czekamy, myśląc że w nocy chyba skończymy to pieczenie. No ale to nasze pierwsze kroki z tym piecem po remoncie, więc trudno. 

Wreszcie decydujemy się na wstawienie chlebów, gdy termometr wewnątrz pokazywał 200 C. Wierzch blaszek przykryliśmy papierem do pieczenia. Normalnie pieczenie powinno trwać około godziny. Z nerwów i zmęczenia zapomniałam kompletnie o wstawieniu naczynia z wodą do pieca, aby chleb pozostał wilgotny po upieczeniu.. 

Po poł godzinie okropnie zdenerwowani otworzyliśmy piec. Chleby wyglądały ładnie, ale były blade, wiec usunęliśmy papier i pozostawiliśmy na kolejne 15 minut. I tu zrobiliśmy błąd że ich nie wyjęliśmy właśnie po tym dodatkowym kwadransie. Czekaliśmy  przepisową godzinę i w rezultacie skórka zrobiła się trochę za twarda, więc po wyjęciu zmoczyłam ją delikatnie wodą. Sam chleb wyszedł fajny, trochę niedosolony, ale smaczny. 






W. jeszcze wstawił babkę ziemniaczaną w blaszce po zapiekance. Była 22.30, a ja byłam na ostatnich nogach. Poszłam pod prysznic i walnęłam się do łóżka. W nocy musiałam się ewakuować na kanapę, bo W. potwornie chrapał. Ale za to pospałam do 8.00, ale o tym w c.d. który po raz ostatni n.